Można śmiało powiedzieć, że ekonomia społeczna bez przyjaznego samorządu nie ma racji bytu. Mam nadzieję, że samorządowcy niebawem sami zrozumieją że bez ekonomii społecznej gmina będzie uboższa – pisze Cezary Miżejewski w „Nowej Trybunie Opolskiej”.
Niektórzy działania na rzecz ekonomii społecznej nazywają „modą”, finansowaną ze środków europejskich. Jednak warto się choćby chwilę zastanowić dlaczego Unia Europejska, tak wyraźnie promuje ten rodzaj aktywności. Odpowiedź jest dość prosta. W naszym zglobalizowanym, coraz bardziej wolnym od barier granicznych świecie coraz silniejsze są nie rządy, nie samorządy ale koncerny. To one decydują o dobrobycie lokalnych społeczności, to one decydują czy na naszym rynku otworzą swój zakład, a raczej jego filię. To one kapryśnie określają warunki i reguły gry, zaś administracja pokornie proponuje kolejne przywileje, uprawnienia i zachęty. Biada rządowi, który ze wzgardą odrzuci ofertę. Zostanie natychmiast zaliczony do wrogów modernizacji i rozwoju. Zostanie oskarżony o nieudolność i niekompetencje. Kiedy zaś otworzą się podwoje zakładów wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Ludzie bo mają pracę, rodziny bo mają zapewniony byt, władza – bo ma sukces.
Niestety sielanka nigdy nie trwa wiecznie. Wczoraj w naszym regionie były niskie koszty pracy, burmistrzowie w lansadach kłaniali się w pół. Za chwilę będzie normalnie. Menadżerowie korporacyjni nie potrzebują stabilności, potrzebują zysku i to szybkiego. Jeżeli nie Opolszczyzna, to może obwód czerniowiecki na Ukrainie, tam są przecież tańsi robotnicy, a i władza jakby bardziej chętna do współpracy. Nie ma tam unijnych reguł a i wiele rzeczy można załatwić mniej oficjalnie. Jeśli Ukraina będzie za droga to przecież są Chiny. I tak możemy bawić się do końca świata.
A tu, zamiast miejsc pracy, pozostali pokaleczeni ludzie, oskarżający swoich lokalnych włodarzy o nieudolność. Mogli przecież zatrzymać firmę, widocznie nie umieli. Następuje zniechęcenie, rozpacz i to co nazywa się rozpadem społeczności. Tak właśnie wygląda „filialny kapitalizm”. Dlatego też w Europie zaczęto się zastanawiać - a może trzeba odbudować wspólnoty, warto powalczyć o nasze małe ojczyzny. A czymże jeśli nie taką walką, jest postawienie na lokalny biznes, naszych lokalnych przedsiębiorców no i na naszą gminną ekonomię społeczną. To ludzie, którzy wyrośli stąd. To ludzie którzy tu mieszkają, którzy tu się urodzili, mają swoje rodziny, a ich dzieci chodzą do tutejszych szkół. Oni nie wyjadą w pogoni za zyskiem, oni nie uciekną bo nie mają dokąd. A nawet nie chcą, bo kochają swoją wieś, miasto, gminę, jeśli nawet nie pokazują tego na co dzień. A jednak to właśnie tu zmagają się ze swoim losem. I my ich znamy, to nasi sąsiedzi, przyjaciele, dalecy krewni. Wiemy co o nich sądzić. Nie kierujemy się reklamą w telewizji, ulotkami czy inną papką pakowaną nam do mózgu, która przez pryzmat public relations, każe nam oceniać innych ludzi. Znamy ich, bo widzimy ich na co dzień. I to jest ich siła.
Niektórzy z nich otworzą sami drobne firmy, sklepy, punkty napraw. Są bardziej mobilni, zacięci i zdesperowani. I wielu z nich się udaje. Chodzimy do ich zakładów i sklepów, nie tylko dlatego że są tani, że sprzedają dobry produkt czy usługę, ale dlatego że ich lubimy, że znamy. Wiemy, ze nie dokonają jakiegoś przekrętu. Oni też to wiedzą, bo w naszej społeczności informacje rozchodzą się z szybkością błyskawicy. To gorsze niż CBA, sądy. Policja i prokuratury razem wzięte.
Ale są też inni ludzie, którzy nie czują się pewnie w biznesie. Może nawet nie daliby rady. Często byli bez pracy przez lata, albo są niepełnosprawni czyli gorsi. Często są to kobiety, które odchowały dzieci. A co taka kobieta potrafi poza nakarmieniem swoje czeredki? Nic, a poza tym mąż jest od zarabiania. Tylko, że on jest również od dawna bezrobotny. Dlatego pojawiła się ekonomia społeczna. Tak jak przed dwustu laty – oni mają kasę ale nas jest wielu i mamy zapał do pracy. W grupie zawsze lepiej sobie poradzić. Jeden zna się na księgowości, inny na sprzedaży ale wszyscy razem się znamy i sobie ufamy. Właśnie dlatego odrodziły się spółdzielnie socjalne czy inne formy przedsiębiorstw społecznych. Dlatego tez powstały Centra Integracji Społecznej czy Kluby Integracji Społecznej. Zanim coś zaczniemy robić musimy przypomnieć sobie nasze umiejętności, musimy stworzyć grupę, dotrzeć do tego co nie jest zauważalne przez schematy, ustawy, procedury – do naszego potencjału. Bo tkwi on w każdym człowieku, ale nie zawsze instytucje pomocy umieją to – w natłoku wielu spraw, problemów, sprawozdań – zauważyć. A widzi to ekonomia społeczna.
I nie potrzeba tu – jak sądzą krytycy – bezustannego go finansowania. Tak naprawdę, podmiot ekonomii społecznej będzie funkcjonował, gdy będą wokół ludzie rozumiejący, że to ważne. Gdy samorząd zrozumie że nie tylko pojawili się ludzie, którzy przestali być klientami świadczeń ale normalni podatnicy, przysparzający dochodów również gminie. Ale co ważniejsze, ludzie ci produkują lub mogą produkować dobra i usługi, które są potrzebne społeczności lokalnej. Można je oczywiście kupować gdzieś indziej, można również kupować produkty chińskie. Ale czy to tworzy nową jakość? Czy to wzmacnia naszą społeczność? Wcisną nam bubel a my będziemy się procesować? A nasi są tutaj, teraz. Oni wiedzą że to dla nich szansa. I nie chodzi tu o działalność charytatywną, o litościwe wsparcie, ale o danie szansy. We Włoszech usługowe spółdzielnie socjalne ponad 2/3 obrotów dokonują z sektorem publicznym. Właśnie z samorządami. I nikt nie uważa tego za nierynkowe, gorsze, czy socjalne. To normalny biznes. Ale dlaczego w tym biznesie mamy wspierać pracę kogoś gdzieś w świecie, jeśli możemy wspierać swoich i to jeszcze z korzyścią dla zadań gminy. A nie mamy takich zadań? Ejże, pomyślmy ile rzeczy gmina zleca lub kupuje na zewnątrz. Wystarczy tylko trochę zrozumienia i niekoniecznie myślenie, że najtańsze oznacza najlepsze. Po to zresztą, powstają specjalne klauzule w zamówieniach publicznych, po to powstają ułatwienia w zlecaniu zadań działalności pożytku publicznego. Jednak nikt administracyjnie nie zmusi nas do takich działań. Nikt nie nakaże nam wspierać lokalnego biznesu w tym ekonomii społecznej. To od nas samych zależy, co zrobimy, czy potraktujemy naszą gminę jak urząd do zarządzania i oczekiwania na zewnętrzny cud oferowany przez korporację, czy też społeczną przestrzeń którą sami kształtujemy. My też tu mieszkamy, też spędzamy tu swoje życie. I nie zwalajmy wszystkiego na złe ustawy, rządy i tych w Warszawie. To my również kształtujemy politykę. Może nawet bardziej niż ci w Warszawie. Dlatego pomyślmy chwilę, co nam się opłaca, ale nie w wymiarze roku budżetowego, ale perspektywie dłuższej, przekraczającej nawet nasze codzienne marzenia.
Cezary Miżejewski
Artykuł powstał w ramach projektu systemowego pn. „Wsparcie dla opolskiego modelu ekonomi społecznej” realizowanego przez Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Opolu
Artykuł po raz pierwszy ukazał się w „Nowej Trybunie Opolskiej” >