Nie zawsze koszty oznaczają po prostu cenę, a korzyści nie muszą oznaczać wyłącznie bezpośredniej realizacji podstawowego celu, ale być może większej ich liczby, w tym celów społecznych – ważnych dla lokalnej społeczności.
Manifest Ekonomii Społecznej

Ekonomia społeczna od kuchni
aktualizacja: 22.06.2010
"Spółdzielnie socjalne we Włoszech robią interesy z samorządem. To normalny rynek. Żaden chroniony, żaden subsydiowany. Włoscy samorządowcy wiedzą, że lepiej kupować u swoich, niż od dużych koncernów, które dziś są tu, a jutro gdzie indziej" – o pożytku płynącym ze współpracy między przedsiębiorstwami społecznymi, a samorządami pisze Cezary Miżejewski.

We wszystkich moich dotychczasowych tekstach czy wystąpieniach nawiązuję do wartości. Idei wyższych i ulotnych. Postanowiłem zatem podejść dziś do ekonomii społecznej bardziej prozaicznie. A co może być bardziej prozaiczne niż zaspokojenie głodu? Tak, właśnie – ten tekst będzie w pewnym sensie dotyczył jedzenia. W ostatnich dniach, w dość sympatycznym towarzystwie, miałem okazję przebywać w Kluczach niedaleko Olkusza, Polanowicach koło Byczyny oraz w Cieszynie. To oczywiście były spotkania lub konferencje. Takie, jakich wiele w ostatnich czasach. Dyskusje, spory, kontrowersje, rozważania o tym co dalej. Właściwie standard. Jednak było w nich właśnie coś, co odróżniało je od innych. Prozaicznie kwestia dotyczyła posiłku. Nie chcę tu jednak dyskutować o kulinariach, choć tam, gdzie byłem jedzenie stanowiło miłą odmianę od zwykłego cateringu. Chcę zwrócić uwagę, że wszędzie posiłki były przygotowywane albo przez uczestników Centrum Integracji Społecznej, albo pracowników spółdzielni socjalnej.

Coraz częściej bowiem pojawiają się właśnie pomysły tworzenia podmiotów ekonomii społecznej dostarczających posiłki, czy też usługi cateringowe lub najlepiej jedno i drugie. To – wydawałoby się – dość banalny pomysł. Jednak wbrew pozorom rynek jest tutaj dość chłonny. I nie mówię tu o dostarczaniu posiłków na konferencje. Mamy przecież rządowy program „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”, który uzupełnia wydatki gminne na cele dożywiania. Nie jest to tylko program społeczny, ale również olbrzymi rynek do zagospodarowania. Ktoś przecież te posiłki przygotowuje i ktoś je dostarcza potrzebującym. Niedawno Najwyższa Izba Kontroli po raz kolejny przejrzała realizację programu. Tym razem w Małopolsce. Stwierdzono m.in., że w 2009 r. aż 58% uczniów objętych programem otrzymywało posiłki, które nie spełniały norm Instytutu Żywności i Żywienia. Zbyt dużo szkół prowadziło dożywianie w formie… drożdżówek, kanapek i przekąsek. Gminy widocznie nie potrafią poradzić sobie z problemem dożywiania w szkołach, prywatni restauratorzy nie są zainteresowani, a NIK raczej „nie odpuści”.

Nie pozostaje nic innego, jak tylko zająć niszę rynkową. Tak właśnie – rynkową. Nieprawdą jest, że na rynku kupują tylko osoby fizyczne, co próbują udowodnić nam liberalne instytuty. Zakupy publiczne również odbywają się w warunkach rynkowych. Są tak samo dobre, jak każde inne, i również wymagają tych samych warunków. Nie wiem dlaczego u nas, mówiąc o urynkowieniu, zapomina się o naszym ulubionym przykładzie spółdzielni socjalnych we Włoszech. Otóż 2/3 spółdzielni rejestruje wpływy z sektora publicznego. Nie, nie są to dotacje. Po prostu spółdzielnie socjalne we Włoszech robią interesy z samorządem. To normalny rynek. Żaden chroniony, żaden subsydiowany. Po prostu włoscy samorządowcy wiedzą, że lepiej kupować u swoich, niż od dużych koncernów, które dziś są tu, a jutro gdzie indziej.

Róbmy więc podobnie. Czemu nie posiłki, skoro jest popyt? No właśnie. Klucze, Cieszyn, Polanowice to tylko te przykłady, które ostatnio widziałem, ale przecież jest ich dużo więcej. Choćby Żmigród. Oczywiście w każdym z tych przypadków widać, że nie jest to proste. Tu nie wystarczą jedynie chęci i umiejętności. W każdej z tych spółdzielni i CIS-ów dowiedziałem się, ile trudności napotyka uruchomienie takiej działalności. Jak trudno przejść ocenę SANEPID-u. Oczywiście to normalne, ale gdy dowiedziałem się o wszystkich wymogach, chodzę teraz po Warszawie i podejrzliwie przyglądam się, czy inne firmy je spełniają. Czasami mam przekonanie, że nie wszystkie. Ale oczywiście może być to subiektywne. Kolejnym problemem jest zakup wyposażenia kuchennego, które do tanich nie należy.

Te wszystkie problemy oczywiście byłyby nie do pokonania dla grupy bezrobotnych, którzy wymyśliliby sobie taką ideę i pomysł na działanie. Nie trzeba chyba dodawać, że powstanie podmiotu ekonomii społecznej, zajmującego się gastronomią, to ciężka praca wielu ludzi. Wielu instytucji, które nazywamy enigmatycznie „otoczeniem”. W Kluczach jest to Stowarzyszenie na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Społeczno-Gospodarczego Klucz oraz Chrześcijańskie Stowarzyszenie Dobroczynne, w Cieszynie – Fundacja Rozwoju Przedsiębiorczości Społecznej „Być Razem”, a w Polanowicach to wspólne działania Centrum Integracji Społecznej i gminy Byczyna.

Ten przykład pokazuje, jak ważne jest wsparcie dla powstania firmy społecznej. Gdyby nie wysiłek wielu ludzi, gdyby nie ich pozytywna energia i chodzenie po urzędach, nawet najlepsi kucharze nie daliby rady. Warto o tym pamiętać, gdy często podnoszą się głosy, że wspieramy infrastrukturę, a przecież wystarczy dać te środki ludziom. To tak samo, jak z innymi segmentami polityki społecznej. Wciąż pokutuje stwierdzenie, że lepiej dać komuś zasiłek niż dostarczyć dobrą usługę społeczną. A przecież zasiłek, nawet największy, nie zmienia sytuacji. Czasem może przynieść nawet odwrotny skutek. Tak samo jest w ekonomii społecznej – mamy rynek, mamy popyt, ale bez otoczenia ani rusz.  Dlatego tak ważne są takie instytucje. Dlatego Agato i Agnieszko z Kluczy, Mariuszu z Cieszyna, Wiolu z Polanowic dziękuję Wam, że jesteście. Bo to Wy tworzycie ekonomię społeczną, dając nadzieję ludziom.

Pompatycznie? Banalnie? Pojedźcie tam i zobaczcie na własne oczy.

Cezary Miżejewski
 

KOMENTARZE (0) / DODAJ KOMENTARZ