Środowisko biznesu nie ma powodu, aby traktować ekonomię społeczną, jako źródło zagrożeń, przeciwnie – może być ona uzupełnieniem jego własnych działań i partnerem dla wspólnych przedsięwzięć.
Manifest Ekonomii Społecznej

Kawiarniany gwar spółdzielczy
MAGDALENA KICIŃSKA
aktualizacja: 04.01.2012

Anna Paczkowska ze spółdzielni socjalnej "Cztery pory roku", fot. A. Szadkowska-Ciężka />/

„Co cię nie zabije, to cię wzmocni” – to powiedzenie wymyślił na pewno ktoś, kto tworzył przedsiębiorstwo społeczne – śmieje się nad kubkiem herbaty prezeska spółdzielni socjalnej „Cztery pory roku” Małgorzata Zdybel. Spotykam ją w prowadzonej przez spółdzielnię księgarnio-kawiarni Spółdzielnia.

Półki uginają się tu od książek. Na jednej z nich książki czekają na uwolnienie – w każdą pierwszą sobotę miesiąca odbywa się tu Book Swap Party, czyli ich wolna wymiana. Kawę ze sprawiedliwego handlu możesz tu wypić we własnym kubku i zostawić go, żeby na ciebie czekał. Jest bezprzewodowy Internet, wygodne krzesła z poduszkami, kącik dla dzieci, wrzosy w doniczkach i soulujące, przyjemne dźwięki z głośnika. Jesteś w środku klubokawiarni Spółdzielnia, położonej w samym sercu lubelskiego Śródmieścia. Prowadzą ją spółdzielcy ze spółdzielni socjalnej „Cztery pory roku”. 14 października minął rok odkąd ją zarejestrowali.

W dużych miastach klubokawiarni z bogatym programem kulturalnym jest na pęczki – w Lublinie takiego miejsca brakowało. Powstała więc Spółdzielnia, czyli przestrzeń, w którym dobra kawa to jedynie pretekst do tego, żeby usiąść (z wymienioną właśnie w wolnym obiegu książką), wybrać coś dla siebie (na kiermaszu rękodzieła), posłuchać (kameralnego koncertu), obejrzeć (wystawę Gender Check albo filmy z cyklu Watch Docs), podyskutować (na przykład o zmianach klimatycznych). Założyciele Spółdzielni znaleźli niszę. Ale łatwo nie było.

Grygowa? Nie, dziękuję

– Bo i życie do tej pory różnie się układało – mówi Anna Paczkowska, zastępczyni prezeski zarządu spółdzielni. Od dziewięciu lat mieszka na lubelskim osiedlu im. Antoniny Grygowej. Każde miasto ma taką dzielnicę: Warszawa ma Dudziarską, Kędzierzyn Blachownię, Dąbrowa Górnicza Łączną, Toruń Armii Ludowej… To skupiska bloków socjalnych. Trafia się tam z różnych powodów, a kiedy już się tam jest to ciężko wyjść.

– Jestem mamą, mam dwóch synów, dziś mają osiem i jedenaście lat. Dopiero teraz mogę wrócić do pracy, wcześniej się nimi opiekowałam. A wiadomo, jak ciężko jest matce wrócić na rynek pracy – opowiada Paczkowska. „Grygowa” w adresie zameldowania także nie pomaga. Bo w Lublinie to wciąż synonim patologii, choć pracownicy opieki społecznej i sami mieszkańcy starają się jak tylko mogą go przełamywać.

– Kiedyś nawet taksówki nie chciały tu przyjeżdżać. Jesteśmy wykluczeni nawet terytorialnie – na osiedle kursuje tylko jeden autobus, raz na godzinę, czasem rzadziej. Kiedyś przy zapisywaniu dziecka do szkoły usłyszałam od pani dyrektor, że „analfabetów z Grygowej ona nie przyjmie”. Jakiś czas później zorganizowano u nas debatę o stereotypie naszego osiedla i ta sama pani dyrektor miała odwagę wstać i przeprosić. Ale wie pani, co ja wtedy czułam? Słysząc o swoim dziecku takie słowa? Oczywiście, że są na naszym osiedlu różni ludzie, takie stłoczenie przez miasto wszystkich ludzi – i patologii i prawdziwych problemów – jest błędem. Bo to nieprawda, że jesteśmy wszyscy źli – przekonuje Paczkowska.

Wszyscy członkowie spółdzielni, pięć kobiet i dwóch mężczyzn są stamtąd. – Znaliśmy się zanim powstał pomysł założenia przedsiębiorstwa społecznego, mamy podobne doświadczenia, wszyscy chcielibyśmy się z Grygowej wyrwać, może dlatego było nam łatwiej. Większa determinacja – mówi Paczkowska. Energię wyzwoliła w nich działająca na terenie osiedla od kilku lat świetlica i Centrum Aktywności Środowiskowej powstałe w ramach MOPR. – Pan Michał Falenta i pani Teresa Mankiewicz to nasi aniołowie i dobre duchy. Całe serce włożyli w to miejsce i w nas – mówi Paczkowska. Centrum to dziś siłownia, pracownia internetowa i świetlica dla dzieci, a dla dorosłych miejsce, w którym mogą podnosić swoje kwalifikacje, brać udział w szkoleniach i warsztatach.

Od stoiska po stoliki kawiarni

W czasie jednego z nich siódemka dzisiejszych twórców spółdzielni „Cztery pory roku” usłyszała po raz pierwszy o idei ekonomii społecznej. Zaktywizowali się zawodowo jeszcze zanim postanowili o założeniu spółdzielni socjalnej. – Zaczęło się od stoiska w jednym z lubelskich hipermarketów. To był nasz pierwszy pomysł, przed stworzeniem spółdzielni. Jedna z nas wzięła to na siebie i założyła działalność gospodarczą. Było to stoisko garmażeryjne, pracowaliśmy na dwie zmiany, od 6 do 22, karmiliśmy też pracowników hipermarketu. Z początku współpraca układała się fajnie, ale później okazało się, że nasz preferencyjny czynsz podskoczył prawie czterokrotnie. Musieliśmy stamtąd odejść – opowiada Anna Paczkowska – To był ciężki moment, nie wiedzieliśmy co dalej. Spółdzielnia socjalna była już zarejestrowana, a działalności i pomysłu brak.

Wtedy z pomocą przyszła Anna Szadkowska-Ciężka, z Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). Kiedy organizacja tworzyła w Lublinie swoja placówkę, szukała chętnych, którzy poprowadziliby kawiarnię i miejsce spotkań. Szadkowska-Ciężka przypomniała sobie o grupie z Grygowej i zaproponowała wejście w partnerstwo. Podpisali trójstronne porozumienie: spółdzielnia, lubelski MOPR i UNDP. Jak podkreśla Anna Paczkowska, na tym współpraca się nie skończyła: CAŚ wspiera je jak tylko może, a Kamil Raczyński, który pracuje w UNDP do dziś odpowiada za program kulturalny kawiarni.

Ciągle napędzała ich energia, nowy pomysł dodał wiatru w żagle, ale problemy nie omijały. – Nie dostaliśmy dotacji z Urzędu Pracy – mięliśmy już na to stoisko w hipermarkecie działalność, więc się nam nie należała. Dostaliśmy tylko osiem tysięcy nieoprocentowanej pożyczki z MOPR, którą teraz spłacamy. Nikt nie chce wierzyć, że udało nam się rozkręcić działalność tylko za te kilka tysięcy – wspomina ze śmiechem Anna Paczkowska. I z dumą dodaje, że dzięki temu są prawdziwym podmiotem ekonomii społecznej: – Inne podmioty często idą w dotacje, w granty i projekty, a to już nie jest prawdziwa ekonomia społeczna, bo funkcjonują tylko pod nie. A my działamy naprawdę społecznie – tłumaczy.

Pierwsze kawy za płoty

Kawiarnię otworzyli 24 lutego tego roku. Było ciężko. – Przyznam, że na początku nie umiałam nawet dobrze parzyć kawy. Klienci robili dziwne miny, ale nie mówili, że coś jest nie tak… Dopiero po zorganizowanym dla nas warsztacie z baristą nauczyłyśmy się – śmieje się Paczkowska. Dziś ma swoich wiernych klientów, ale członkinie spółdzielni nie ukrywają, że są dopiero na początku drogi. – Jest różnie, to zależy i od miesiąca i od pogody. Ale nie narzekamy, bo mamy pracę, której wcześniej nie było. Trzeba tylko pamiętać, że to nie jest tak, że po miesiącu od razu jest pensja. Trzeba w to wkładać ciągle sporo pracy, energii i czasu – mówi Paczkowska.

Energii nie brakuje prezesce spółdzielni i jej dobremu duchowi, czyli Małgorzacie Zdybel. Na Grygową trafiła po rozstaniu z mężem i chorobie. Do spółdzielni dodała od siebie dwadzieścia lat doświadczenia w handlu i otwartość na ludzi. – Jestem z natury społecznikiem, lubię i potrzebuję pracy, jeden dzień na odpoczynek mi wystarczy, dwa to już mi się nudzi, już muszę być w ruchu – mówi o sobie. – Małgosia jest naszą naturalną liderką, ma anielską cierpliwość i nas organizuje. Sama napisała statut, aż pani sędzia była zdziwiona, że aż tak dobrze sobie poradziła. A trzeba powiedzieć, że byliśmy drugą spółdzielnią socjalną w Lublinie i urzędnicy niekoniecznie wiedzieli z czym nas zjeść – wspomina Paczkowska. – Co nas nie zabije to nas wzmocni – myślę, że to powiedzenie wymyślił ktoś, kto prowadzi i zakładał przedsiębiorstwo społeczne – śmieje się Zdybel. To one dwie są dziś lokomotywami spółdzielni, która poza kawiarnią prowadzi też catering.

Ucieczka do przodu

Obie przyznają, że mimo trudności nie żałują. O pozytywach mówi przede wszystkim Paczkowska. – Dzięki doświadczeniu zdobytemu tutaj, w kawiarni, jeden z naszych członków znalazł pracę na otwartym rynku pracy – chwali kolegę. A co spółdzielnia znaczy dla niej samej? – Dzięki niej znalazłam motywację, żeby wyjść z domu. Zrobić coś dla siebie. Jestem bardzo dumna z tego, że coś robię, i robię to dobrze. Doszkalam się, byłam na stażu w warszawskiej kawiarni reporterów Wrzenie Świata, sama też jeżdżę po Polsce i opowiadam o przedsiębiorczości społecznej. Czuję, że się rozwijam – mówi, a jej uśmiechnięte oczy potwierdzają tę zmianę. Zauważyli ją także sąsiedzi z Grygowej, którzy na początku krzywo patrzyli na spółdzielców, mówili, że zrobią z siebie pośmiewisko, a dziś pytają, czy nie znajdzie się i dla nich praca.

Być może tak się stanie w przyszłości, bo spółdzielcom pomysłów nie brakuje i chcą się ciągle rozwijać. – Chciałabym bardzo, żeby to miejsce było pełne ludzi, którzy przychodzą do nas, bo im tu dobrze – mówi Małgorzata Zdybel. I snuje plany o drugim lokalu na biuro („bo na razie całe nasze biuro mieści się w pudłach w moim domu”) i sklepik („żeby nie stać w miejscu”). Obie po cichu marzą też o tym, żeby wyprowadzić się z Grygowej. – Tam się naprawdę wiele zmienia, ale mimo wszystko chciałoby się stamtąd wyrwać i odzyskać dla siebie coś z życia – mówi Paczkowska.

Teresa Mankiewicz, dobry duch spółdzielni i kierowniczka Centrum Aktywności Środowiskowej na ul. Grygowej jest dobrej myśli. Wierzy, że spółdzielcom się uda: – Tu, w Centrum stawiamy na aktywizację. Dajemy tyle możliwości, ile się da, i ci, którzy chcą poprawić swoją sytuację naprawdę mogą to zrobić. Panie i panowie z „Czterech pór roku” działają aktywnie. I choć fizycznie jeszcze tu są, to wiem, że to kwestia czasu kiedy się wyprowadzą z socjalnych bloków.

Magdalena Kicińska

KOMENTARZE (2) / DODAJ KOMENTARZ

~Grazyna / 05.01.2012, 04:46

zwyczajnie "trzymamy kciuki" !
Spółdzielnia Socjalna "50+" z Gdyni tj. 7 kobiet serdecznie pozdrawia, trzyma kciuki i przekonuje, że można jak sie chce! W KUPIE SIŁĄ! Działamy już od wrzesnia 2007r i choc czasem jest trudno, to jak w zyciu..............nikt nie mówił że będzie łatwo. My już doświadczyłyśmy tego, że razem można więcej, lepiej, dalej, łatwiej. Jeszcze raz w imieniu własnym i kolezanek serdecznie pozdrawiam: Grazyna Skorupka - Prezeska Spółdzielni Socjalnej "50+" z Gdyni.

~Ela / 05.01.2012, 03:49

"CO CIĘ NIE ZABIJE ..."
Wg mojej wiedzy to powiedzenie wymyślił jednak ktoś inny, a konkretnie - propagandzista formacji Hitlerjugend ... Tak czy siak, najlepsze życzenia dla "Spółdzielni", mam nadzieję, że pracujecie nad menu dla głodomorów (więcej szynki na toście proszę!)