Przedsiębiorczość nie polega bynajmniej na pogoni za zyskiem, ale na skłonności i umiejętności do aktywnego odnoszenie się do otaczającej rzeczywistości, orientacji na skuteczne pokonywanie wyzwań w oparciu o dostępne zasoby.
Manifest Ekonomii Społecznej

Socjal ery kapitału. Zapomniany dorobek warszawskich przedsiębiorstw 1864-1939
KRZYSZTOF WITTELS
aktualizacja: 29.12.2014
Brzmi jak herezja. A jednak. Osiedla robotnicze, kasy pożyczkowe i emerytalne, przyzakładowe żłobki i szkoły, domy ludowe, kluby sportowe, czytelnie i kółka teatralne miały swoje początki w erze „dzikiego kapitalizmu” sprzed I wojny światowej i w okresie XX-lecia międzywojennego – pisze Krzysztof Wittels dla portalu Ekonomiaspoleczna.pl.

Urządzenia socjalne w polskich zakładach pracy, takie jak: wczasy pracownicze, zakładowe stołówki, sale sportowe, przyzakładowe przedszkola i żłobki oraz prezenty i bony świąteczne nieodłącznie kojarzą nam się z tą lepszą stroną PRL-u. Dziś obowiązek zapewnienia przez pracodawcę urządzeń sanitarnych został zredukowany do prowadzenia pomieszczeń i urządzeń higienicznosanitarnych, takich jak: szatnie, umywalnie, pomieszczenia z natryskami, toalety, palarnie, jadalnie pracowników (Dz.U. 2003 nr 169 poz. 1650).

Coraz więcej mamy jednak w Polsce przejawów dbania o pracowników, często działania te łączone są z ideą Corporate Social Responsibility (CSR) i powołuje się przy tym na wzorce krajów zachodnich. Warto jednak przypomnieć, że troska o pracownika nie była obca także w dawnej Polsce. Wśród przedsiębiorstw sprzed I i II wojny światowej znajdziemy szereg interesujących inicjatyw. W tym artykule przyjrzymy się głównie przykładom warszawskim.

Warszawa – wielki ośrodek przemysłowy

Warszawa od drugiej połowy XIX w. była atrakcyjnym miejscem do zakładania i prowadzenia przedsiębiorstw. Złożyło się na to kilka przyczyn: w 1851 r. zniesiono granicę celną między Królestwem Polskim a Rosją, w latach 60. XIX w. miasto stało się ważnym węzłem kolejowym, w 1864 r. władze carskie uwłaszczyły chłopów, którzy masowo podejmowali pracę m.in. w warszawskim przemyśle. W ciągu półwiecza Warszawa zmieniła się w potężne centrum przemysłowe - na początku XX w. działało tu ponad 450 zakładów przemysłowych, które zatrudniały ponad 30 tys. pracowników. Dominował przemysł metalowy, liczące się były sektory: skórzany, spożywczy i chemiczny. Znaczna część produkcji była obliczona na rosyjski, chłonny rynek zbytu. Wśród przedsiębiorców warszawskich w tym czasie kluczową rolę odegrali cudzoziemcy, którzy – wbrew oczekiwaniom zaborcy – szybko się polonizowali. Warunki pracy w większości fabryk były bardzo ciężkie – 12 godzinny dzień pracy był normą, często nie przestrzegano zasad bezpieczeństwa, dochodziło do wypadków, a znajdujące się w pobliżu budynków mieszkalnych fabryki po prostu podtruwały mieszkańców miasta.

Czarna legenda i białe plamy

Przenosząc się myślami do czasów sprzed I wojny światowej, nazywanych czasem „dzikim kapitalizmem”, mimowolnie przypominamy sobie obrazy z ekranizacji Ziemi obiecanej Reymonta, opowiadań pisarzy pozytywistycznych, czy PRL-owskiej propagandy. Rzeczywistość była jednak bardziej zróżnicowana niż nam się wydaje i niż utrwalone jednoznacznie negatywne stereotypy o przedsiębiorcach-krwiopijcach i nieludzko wyzyskiwanych robotnikach. Przede wszystkim sytuacja robotników była zróżnicowana, płaca zależała od różnych czynników: gałęzi przemysłu (najlepiej płacono w sektorze metalowym), od stażu pracy, doświadczenia, wykształcenia zawodowego, wieku i płci. Robotnik z odpowiednim stażem i doświadczeniem mógł z powodzeniem utrzymać pięcioosobową rodzinę. W końcu XIX w. w wielu warszawskich fabrykach zaczęły powstawać także pierwsze urządzenia socjalne.

Nie wiemy o nich zbyt wiele. Dzieje gospodarcze Warszawy ostatnich 100-150 lat pozostają jednym z najmniej znanych obszarów współczesnej historii. Doczekały się dotąd tylko jednej poważnej monografii wydanej w 1970 r. - nie pełnej i nie zawsze rzetelnej. Niestety, wątek społeczny został tam potraktowany po macoszemu. Nie powstała ani jedna książka, publicznie dostępna praca naukowa, czy choćby artykuł, który przybliżałby tematykę urządzeń socjalnych w warszawskich przedwojennych przedsiębiorstwach. Poniższe - krótkie i czasem powierzchowne - zestawienie ma charakter pionierski, czerpie informacje głównie z okolicznościowych opracowań dziejów warszawskich przedsiębiorstw, które ukazały się po 1989 r.

W Fabryce Norblina

„Fabryka Norblina” – tym mianem mieszkańcy Warszawy przyjęli nazywać stojące po dziś dzień zabudowania fabryczne przy ul. Żelaznej 51/ 53, prowadzone przez powstałe w 1893 r. Towarzystwo Akcyjne Fabryk Metalowych pf. „Norblin, B-cia Buch i T. Werner” (NBW). Spółka należała do największych przedsiębiorstw metalowych w Królestwie Polskim. Przed I wojną znana była głównie z produkcji posrebrzanych przedmiotów codziennego użytku, sprzedawanych za pośrednictwem sieci sklepów na terenie Królestwa i Cesarstwa Rosyjskiego; w okresie międzywojennym była prawdopodobnie największym producentem wyrobów z metali kolorowych w Polsce, m.in.: blach, prętów, łusek karabinowych, krążków do bicia monet, drutów tramwajowych i przewodów telefonicznych. Przed II wojną światową zatrudniała łącznie ok. 2 tys. pracowników.

Firma dbała o swoich pracowników i ich rodziny. Wiemy, że na początku XX w. utrzymywała ochronkę dla dzieci, płaciła też za naukę w szkołach 100 dzieci robotników. Przy fabryce działały wówczas: kasa zapomogowo-pożyczkowa, kasa oszczędnościowa, emerytalna i kasa chorych, ponadto ambulatorium i malutki szpitalik z 4 łóżkami, dyżurującym lekarzem i felczerem (pielęgniarzem). Kasę emerytalną – pierwszą w Królestwie Polskim – utworzyli właściciele: małżonkowie Ludwik i Jadwiga Norblinowie oraz Teodor i Augustyna Wernerowie (łącznie przekazali na ten cel oraz zapomogi dla pracowników i sierot po pracownikach 85 tys. rubli). Przy okazji wspomnijmy, iż małżonkowie Norblinowie pośmiertnie przekazali na cele społeczne Warszawy ponad 200 tys. rubli, rozdzielając je między różne organizacje, Ludwik przekazał ponadto cenną kolekcję obrazów Towarzystwu Zachęty Sztuk Pięknych. Nie znamy stanu zabezpieczeń socjalnych w okresie XX-lecia. Wiadomo jedynie, że kiedy w latach 20. XX w. spółka NBW założyła największą w Polsce walcownię miedzi i mosiądzu w Osinach (dziś Głowno) pod Łodzią, przy zakładzie powstało osiedle, gdzie zamieszkało ponad 1000 robotników, wybudowano kaplicę oraz Dom Kultury, które służą mieszkańcom Głowna do dziś.

Pod znakiem sfinksa

W sąsiedztwie Fabryki Norblina, między ulicami: Grzybowską, Krochmalną, Chłodną i Wronią znajduje się ogromny, już niemal pusty plac. Jeszcze około 10 lat temu działały tutaj Browary Warszawskie „Królewskie” S.A. W 2004 r. produkcję piwa zakończono, następnie teren nabył deweloper, który zburzył historyczny browar pozostawiając jedynie dwa zabytkowe budynki z przełomu XIX/ XX w. – laboratorium i willę fabrykancką. Początki browaru „Haberbusch i Schiele” sięgają roku 1846, kiedy to trzej wspólnicy: Błażej Haberbusch, Konstanty Schiele i Henryk Klawe nabyli browar firmy „Schöffer i Glimpf” przy ul. Krochmalnej. Przedsiębiorstwo, które na swój znak rozpoznawczy wybrało sfinksa, rozwijało się dynamicznie. Przekształcone w 1898 r. w Towarzystwo Akcyjne Browarów Parowych pod firmą „Haberbusch i Schiele” było prawdopodobnie największym producentem piwa w Królestwie Polskim. Odbudowane po zniszczeniach I wojny światowej i po fuzji z mniejszymi stołecznymi browarami, Zjednoczone Browary Warszawskie „Haberbusch i Schiele”, były monopolistą na warszawskim rynku i w ścisłej czołówce browarów w kraju. Firma miała również dokonania w dziedzinie zabezpieczeń socjalnych.

W końcu XIX w. wybudowano przy ul. Wroniej 31 dom dla pracowników firmy. Przy browarze założono ochronkę dla dzieci, szkółkę elementarną i kuchnię dla robotników. Prowadzono kasę oszczędnościowo-pożyczkową, a w specjalnie przystosowanych do tego celu pomieszczeniach dyżurował lekarz-chirurg. Właściciele browaru założyli pod koniec XIX w. szkołę piwowarską przy ul. Chłodnej 37. W okresie XX-lecia międzywojennego pracownicy browaru byli ubezpieczeni od nieszczęśliwych wypadków, korzystali z łaźni, stołówki, ambulatorium, apteki, kasy zapomogowej, żłobka, przedszkola, wczasowiska w Jabłonnie i biblioteki. Dodać możemy jeszcze, że Karol Haberbusch (syn założyciela spółki) ufundował Czytelnię Bezpłatną przy ul. Krochmalnej 22 dla dzieci, młodzieży i ludności Woli, a jego spadkobiercy ufundowali pracownię bakteriologiczną w Szpitalu Ewangelickim. W okresie okupacji niemieckiej zarząd Browarów niósł pomoc ludziom sztuki i kultury, wyciągał aresztowanych z więzień i obozów (nie tylko pracowników), starał się o żywność dla głodujących mieszkańców Warszawy, udostępniał teren browaru do aprowizacji getta w żywność i lekarstwa, a także do składowania broni i ćwiczeń żołnierzy AK.

Jak pracować, to tylko u Wedla

W kwestii zabezpieczeń socjalnych, wśród warszawskich przedsiębiorstw przed II wojną światową, prym wiodła znana firma „E. Wedel”. Prowadził ją wówczas dr Jan Wedel, wnuk założyciela czekoladowego biznesu, Karola Ernersta Wedla. Dzięki innowacyjnym pomysłom sprzedażowym i udanym inwestycjom technologicznym była to wówczas największa firma branży cukierniczej w Polsce. Na początku lat 30. XX w. firma przeprowadziła się z fabryki położonej na posesji przy ul. Szpitalnej 6 do świeżo wybudowanego gmachu przy ul. Zamoyskiego 28/ 30 na Kamionku. Potężne zabudowania nie zostały zniszczone, stoją do dziś i do dziś znajduje się tu fabryka czekolady, która należy teraz do japońskiego koncernu Lotte Group.

W okresie międzywojennym firma prowadziła, m.in.: żłobek, przedszkole, przychodnię (w niej stałe dyżurowały pielęgniarki oraz zespół lekarzy) oraz stołówkę, która wydawała tanie obiady dwudaniowe. Przy zakładzie działał Robotniczy Klub Sportowy Rywal z sekcjami: piłki nożnej, kolarską, wioślarską, siatkówki, zapaśniczą, bokserską i lekkoatletyczną, ponadto chór i kółko teatralne. W Świdrze, na prywatnej działce dr Jana Wedla, postawiono niewielki ośrodek wczasowy, z którego w każdy weekend mogło korzystać do 40 pracowników. Obok Parku im. Jana Paderewskiego w Warszawie (Park Skaryszewski) powstały pracownicze ogródki działkowe personelu. Dbano także o zapewnienie warunków lokalowych - w domu fabrycznym, przy ul. Zamoyskiego 26, zamieszkali pracownicy administracji i urzędnicy oraz 32 robotników, którzy płacili niski czynsz. Płace w firmie kształtowały się na wysokim poziomie, a na święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy każdy pracownik otrzymywał dodatkowo tygodniówkę zarobku w zależności od stawki oraz paczkę słodyczy gratis. Jan Wedel ponoć codziennie znajdował czas na obejście wszystkich działów w fabryce, rozmowę z pracownikami oraz przyjmowanie ich w sprawach prywatnych w swoim gabinecie. Pod koniec lat 30. myślał podobno o wybudowaniu dużego osiedla dla robotników na terenach niezbyt oddalonych od fabryki. Do legendy przeszła jego działalność w okresie okupacji niemieckiej. Sam będąc Niemcem z pochodzenia, nie tylko nie podpisał tzw. volkslisty, ale wspierał działalności konspiracyjną, wspierał finansowo zubożałych w tym okresie artystów, wykupywał za pomocą „słodkich łapówek” ludzi aresztowanych przez gestapo, uratował także wiele dzieci żydowskich z transportu przeznaczonego do obozu zagłady, wysyłał paczki żywnościowe do obozów pracy etc.

U króla warszawskich cegieł

We wrześniu 2014 r. warszawskich miłośników zabytków zelektryzowała wiadomość o zniszczeniu kolejnego stołecznego zabytku – willi Granzowa, zwanej „Granzówką”. Wbrew nazwie był to budynek administracyjny z końca XIX w. należący do zakładu ceramicznego Kazimierza Granzowa. Pstrokaty, charakterystyczny budynek z wielobarwnych cegieł, stanowił swoistą reklamę firmy. Znane z doskonałej jakości wyrobów zakłady dostarczyły budulca na budowę wielu domów, gmachów i fabryk postawionych w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku. W 1912 r. zostały przekształcone w spółkę akcyjną Kawęczyńskie Zakłady Cegielniane „K. GRANZOW”. Właściciel nie tylko inwestował w rozwój swojej firmy (jego zakłady były wówczas najnowocześniejszymi w całym Królestwie Polskim), ale także w swoich pracowników.

Przy kawęczyńskim zakładzie (ul. Chełmżyńska) powstało wzorowe osiedle dla robotników (kilkanaście piętrowych domów mieszczących 170 dwu- i trzyizbowych mieszkań, w których w k. XIX w. mieszkało ok. 650 osób). W sąsiedztwie powstały pawilony handlowe ze sklepami i pralnią, budynek czytelni, ochronka dla dzieci i szkoła. Pracownicy zakładów, bez względu na zajmowane stanowisko, byli ubezpieczeni na koszt firmy od następstw nieszczęśliwych wypadków, ognia i kradzieży.

W podwarszawskiej papierni

W dobrym stanie zachowały się w podwarszawskim Mirkowie (dzielnica Konstancina) zabudowania papierni niegdysiejszej spółki: Akcyjne Towarzystwo Mirkowskiej Fabryki Papieru. Obok budynków fabrycznych w k. XIX w. wybudowano osiedle robotnicze, ochronkę, szkołę powszechną oraz budynki: ambulatorium i Domu Ludowego zaprojektowane przez znanego architekta, Stefana Szyllera. Mieszkania w budynkach przyfabrycznych były ponoć bezpłatne, podobnie jak prąd. Robotnicy za darmo dostawali żarówki oraz deputaty węgla i drewna, bezpłatne mogli korzystać z usług pralni, łaźni i magla. Na początku XX w. z inicjatywy Edwarda Natansona, współwłaściciela fabryki, wybudowano neogotycki kościół Najświętszej Maryi Panny. Osada, wraz z obiektami socjalnymi powstała z myślą o robotnikach i ich rodzinach, których sprowadzono tu aż z Wielkopolski. Tego typu miasteczka robotnicze znane są również z innych polskich ośrodków przemysłowych, m.in.: Łodzi (Księży Młyn), regionu łódzkiego (np. Leśmierz), Żyrardowa, Śląska (np. Nikiszowiec).

Usługi socjalne a filantropia

Często trudno oddzielić działalność socjalną przedsiębiorstw od działalności filantropijnej jej właścicieli. Jaskrawym tego przykładem była działalność wybitnego warszawskiego przedsiębiorcy Karola Jana Szlenkiera (Schlenkera), założyciela warszawskiej spółki „Garbarnia Bracia Szlenkier”, właściciela największej garbarni w Rosji (w Berdyczowie na Ukrainie) oraz warszawskiej Fabryki Firanek, Tiulu i Koronek „Szlenkier, Wydżga, Weyer” (przy ul. Dzielnej 91). Karol Szlenkier był nie tylko doskonałym przemysłowcem, ale i społecznikiem, pełnił rozmaite funkcje społeczne (m.in. prezesa Muzeum Przemysłu i Rolnictwa), angażował się w wiele inicjatyw społecznych (był członkiem Komitetu Budowy Kanalizacji i Wodociągów w Warszawie, rady opiekuńczej Towarzystwa Opieki nad Ubogimi Matkami i ich Dziećmi w Warszawie). W swoich zakładach wprowadzał nowoczesne rozwiązania socjalne: kasę chorych, ubezpieczenia na starość, kasę oszczędnościową, premiował pracowników za długoletnią nienaganną pracę (po 5 latach otrzymywali od pracodawcy tzw. akcje pracy). W 1880 r. założył trzyletnią szkołę rzemieślniczą dla dzieci swoich pracowników, która – już po jego śmierci – została przekształcona w Szkołę Rzemieślniczą. W testamencie zapisał ogromną wówczas kwotę 500 tys. rubli na cele społeczne. Znanym filantropem i społecznikiem był też jego brat, Jan Józef oraz córka - Zofia Regina, która z własnego majątku ufundowała najnowocześniejszy wówczas szpital pediatryczny w podwarszawskiej wsi Wola - otwarty w 1913 r. - Szpital Dziecięcy im. Karola i Marii.

Podobny przypadek dotyczy Emila i Gustawa Gerlachów, właścicieli założonej w 1852 r. spółki „G. Gerlach”, która specjalizowała się w produkcji optycznych urządzeń precyzyjnych, które wytwarzała w fabryce przy ul. Tamka 40. Wiemy, że w 1912 r. - z okazji jubileuszu firmy – właściciele wsparli fabryczną Kasę Przezorności (zapomogową), ufundowali stypendium dla „zdolnego młodzieńca, pragnącego kształcić się w rzemiośle precyzyjnym, narodowości polskiej”, przeznaczyli także pewną kwotę na nagrody dla długoletnich pracowników firmy. Przy okazji dowiadujemy się, że firma ponosiła koszty nauki dzieci mechaników oraz wspomagała pracowników pomocą lekarską. Właściciele spółki wspierali także działalność Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności, zboru ewangelicko-augsburskiego, budowę Teatru Polskiego oraz Sanatorium dla Piersiowo Chorych w Rudce koło Mrozów.

Przyfabryczne kluby sportowe

Zakończmy akcentem sportowym. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. w stolicy niepodległej Polski zapanowała moda na sport. Wśród ponad 200 ówczesnych klubów sportowych (licząc Warszawę z przyległościami) działały również kluby przyzakładowe. Czasem powoływane były z inicjatywy władz lub właścicieli przedsiębiorstw, czasem zaś przez samych pracowników, a następnie często znajdowały wsparcie swoich zakładów. Celem klubów było dawanie rozrywki pracownikom oraz popularyzacja sportu. Najczęściej były to kluby średniej wielkości, liczące 100-300 członków, z kilkoma sekcjami sportowymi. Na przykład przy fabryce Polskich Zakładów Inżynieryjnych w Ursusie działał Klub Sportowy „Czechowice”, który liczył 300 członków, uprawiających sport w ośmiu sekcjach (bokserskiej, piłki nożnej, tenisa stołowego i ziemnego, szachowej, motorowej, wędkarskiej i dramatycznej). Po połączeniu się z klubem „Ursusa”, liczba członków zwiększyła się do 500. Inne przykłady: przy zakładach motoryzacyjnych Centralne Warsztaty Samochodowe (CWS) na Pradze działało Stowarzyszenie Sportowe CWS, liczące 500 członków w 11 sekcjach; Klub Sportowy „Orkan” przy Państwowej Fabryce Karabinów na Woli liczył kilkuset zawodników w 8 sekcjach; przy Fabryce Drutu i Gwoździ na Kawęczynie działał Robotniczy Klub Sportowy „Zorza” z 4 sekcjami i kilkudziesięcioma zawodnikami.

Były też kluby powstałe z inicjatyw robotników, czy szerzej – pracowników, które uzyskiwały wsparcie zakładów, np.: Klub „Ogniwo”, który przeszedł pod opiekę Warszawskiej Elektrowni i działał pod nazwą „Elektryczność” Robotniczy Klub Sportowy (5 sekcji i ponad 100 członków); Klub Sportowy „Fala” założony przez pracowników Fabryki Aparatów Elektrycznych „Szpotański i Ska” na Pradze (2 sekcje, 70 zawodników); czy największy z nich Klub Kulturalno Sportowy „Okęcie”, który powstał z inicjatywy pracowników Polskich Zakładów „Skoda” (600 członków czynnych i 1000 wspierających, 11 sekcji sportowych i 3 sekcje kulturalne).

Swego nie znamy

Jakże mało dziś wiemy o dziejach gospodarczych ostatnich 100 lat, jak mało o warszawskich przedsiębiorstwach, które z powodzeniem konkurowały z firmami nie tylko na rynku polskim, ale i poza jego granicami (Cesarstwo Rosyjskie, Bliski Wschód, nawet Niemcy). Dorobek kilku pokoleń przedsiębiorców i techników został po 1989 roku niemal całkowicie roztrwoniony. Gdy spotykałem się ze studentami wydziału zarządzania UW, podczas zajęć z historii przedsiębiorczości, okazało się, że świetnie znają historie zakładów Henry Forda, ale nie wiedzą, czym się zajmowała Fabryka Norblina... Jeszcze mniej wiemy o inicjatywach socjalnych niektórych warszawskich przedsiębiorstw na rzecz pracowników, a było ich znacznie więcej, niż to, co zaprezentowano w artykule. Rodzi się pytanie o źródło, a może źródła takich praktyk. Prawdopodobnie bowiem było ich bowiem kilka, m.in.: przekonanie pracodawców, że aby pracownik był wydajny musi mieć zapewnione podstawowe zabezpieczenie socjalno-zdrowotne (do I wojny światowej publiczna służba zdrowia i publiczne zabezpieczenia socjalne niemal nie istniały); nacisk opinii publicznej, by przedsiębiorcy dzielili się rezultatami swoich zysków (przedsiębiorca, który podejmował tego typu działalność mógł też liczyć np. na przychylność prasy); przynajmniej część inicjatyw mogła wynikać z autentycznej empatii i z zainteresowania losem „swoich” pracowników.

Krzysztof Wittels dla portalu Ekonomiaspoleczna.pl

Źródła:

Robert Gawkowski, Encyklopedia klubów sportowych Warszawy i jej najbliższych okolic w latach 1918-39, Łódź 2007.

Przewodnik po warszawskich zakładach przemysłowych 1800-1960, Komisja Badania Historii Zakładów Przemysłowych m.st. Warszawy, Warszawa 1970.

Browary Warszawskie S. A. 150 lat, Warszawa 1996.

Tadeusz W. Świątek, Rody starej Warszawy, Warszawa 2000.

Fabryka Norblina. Opowieść o niezwykłej fabryce, Warszawa 2012.

Spacerownik Warszawski, Jerzy S. Majewski, Dariusz Bartoszewicz, Tomasz Urzykowski, Warszawa.

Tomasz Romanowicz, Z dziejów głowieńskiego przemysłu – historia zakładów „Norblin, B-cia Buch i Werner”

strony, m.in.: madein.waw.pl, pl.wikipedia.org, polacyzwyboru.pl, katarzyna-stepniak.reaktywni.pl/historia_wedla.htm

Obwieszczenie Ministra Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej z dnia 28 sierpnia 2003 r. w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Socjalnej w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy, Dz.U. 2003 nr 169 poz. 1650.

foto na licencji CC BY-SA 3.0 Radek Kołakowski

KOMENTARZE (2) / DODAJ KOMENTARZ

~krystian / 01.01.2015, 07:40

tyle tylko że ww. nie płacili ZUS-u
Te ww przykłady jasno pokazują, że największym złodziejem jest państwo z ZUS, US i setkami podatków. Gdyby w tamtych czasach pracodawcy musieli co najmniej 40-60% kosztów pracowniczych przekazywać do państwowych urzędów to wątpię żeby byli takimi filantropami. Wniosek zostawmy przedsiębiorcom swobodę działania a faktycznie zróbmy wolny rynek bez konkurencji państwa, w tym przepisów UE a większość problemów socjalnych sie rozwiąże w sposób na pewno efektywniejszy niż obecnie. Współczuję dzisiejszym 20-, 30- latkom oni już nie mają żadnych szans na normalne emerytury, ale kto się dziś tym przejmuje, że PO zadłużyło nas na setki mld a z majątku zostaje tylko ziemia i lasy - więc za chwilę PO/PSL sprzeda to co ma i znów Polacy będą pracować u pracodawcy z obco brzmiącym nazwiskiem - ale tak się dzieje jak naród idiotów (ćwierć idiotów politycznych) jest rządzony przez bandę kłamców, złodziei i oszustów. I żadna ES tu nie pomoże...

~Dziadek Tomek / 01.01.2015, 04:27

Ku przestrodze
Banda nieudaczników, aferałów, sprzedawczyków, pijaków i złodziei, którzy niemiłosiernie rządzą Polską po 1989 r stara się abyśmy zostali wynarodowieni, zapomnieli o tradycjach, honorze i osiągnięciach narodu polskiego i Polaków na przestrzeni wieków. Dlaczego nie uczy się młodzieży o niezwyciężonej polskiej husarii, najlepszej ciężkiej jeździe wieków średnich? Są to w większości potomkowie różnej maści zdrajców, esbeków, aparatczyków i pejsatych działaczy partyjnych. Dzieci i młodzież w szkołach jak i również na studiach uczy się zafałszowanej historii Polski, o przegranych powstaniach ( aby nikt nie wpadł na pomysł zorganizowania jakiegoś buntu przeciwko uciskowi i rabunkowi "władzy"). Za resztę z grosza rozsprzedaje się w obce ręce majątek narodowy, lub doprowadza się do jego upadku. Ceną za takie postępowanie jest jakaś koncesyjka, zegarek średniej marki, wczasy, jakaś posadka europejska czy też inne duperele. Wybrańcy narodu zachowują się jak dzikusy w czasie kolonizacji Afryki czy też Ameryki. Cieszą się niezmiernie gdy jakiś prezydent obcego bogatego kraju poklepie ich po plecach, potarmosi za policzek czy obieca jakieś "g... no" nie mając najmniejszego zamiaru nigdy dotrzymać rzuconego hołocie słowa. Przykłady: sojusze w 1939 r, udział wojsk polskich w awanturze w Iraku (koncesje na odbudowę państwa), F 16, wizy dla obywateli polskich do USA i inne. Zmuszono Polaków do oszczędzania w OFE nie pytając o zdanie nikogo z nas. Gdy już urósł z tego całkiem pokaźny kapitał ukradziono nam te pieniądze. A miały być to realne i dziedziczone kwoty. I znowu społeczeństwo jest okradzionym bankrutem. Sprawa podwyżki VATu. Tylko na rok. I co z tego wyszło? Pinokio! Dawniej gdy rządzili jeszcze Polską uczciwsi ludzie ( w czasie międzywojnia też rządziły krajem różne kreatury) nikt nie śmiał tak beztrosko rozdawać synekur w postaci różnych niepotrzebnych posadek jak dzieje się to dzisiaj. Każdy z kandydatów na premiera obiecuje i nigdy nie dotrzymuje słowa, że zlikwiduje zbędne stanowiska urzędnicze. I co, i nic! Dalszy rozrost aparatu urzędniczego. I robienie z gęby cholewy. Następna sprawa: rozdawanie majątku narodowego kościołowi katolickiemu. Za poparcie z ambony każdy "polytk" obieca i da klesze wszystko co tenże sobie zażyczy. Przecież to nie z jego. Reasumując; pisanie i przypominanie dobrych przykładów z naszej historii nie leży w interesie żadnej obecnej władzy w Polsce. Przypominanie o Wielkiej, mocarstwowej Polsce o dumnym szlachcicu z szablą przy boku z której to umiał robić użytek to też nie w ich interesie.