Ekonomia społeczna oparta o mechanizmy wzajemnościowe, dzięki większemu zaufaniu pomiędzy jej uczestnikami, ma istotne walory także w sferze konkurencyjnej gospodarki.
Manifest Ekonomii Społecznej

Spółdzielnie socjalne – tak, można to było wymyślić lepiej w POKL 2007-2013
MAREK KLIMKOWSKI
aktualizacja: 27.11.2014

Foto: Kurt Löwenstein Educational Center International Team (CC) />/

Powinniśmy zachęcać do tego jak najwięcej osób zmarginalizowanych – Marek Klimkowski polemizuje z tekstem Rolanda Zarzyckiego „Defaworyzowani, czyli kto?”.

Zanim jednak wygłoszę pogląd odmienny niż zawarty w Defaworyzowani, czyli kto?, pozwolę sobie rozwinąć wątek nie do końca dopracowanej formuły wspierania aktywizacji/włączenia osób z grup defaworyzowanych poprzez zachęcanie ich do tworzenia spółdzielni socjalnych.

Opierając się na własnym doświadczeniu m.in.: „opiekuna spółdzielni socjalnych” mogę stwierdzić, iż mankamentem dotychczasowych projektów publicznych wspierających rozwój takich przedsiębiorstw był m.in.: zbyt mocny nacisk na to, by wsparcie trafiało WYŁĄCZNIE do osób wykluczonych (bezrobotni, niepełnosprawni, mniejszości etniczne, uchodźcy itp. itd.). To prawda, że w tych społecznościach bardzo ciężko jest znaleźć ludzi o potencjale i kwalifikacjach pozwalających na samodzielne prowadzenie spółdzielni socjalnej. W rezultacie podmioty te mają olbrzymie problemy już nawet na poziomie strategii, szczególnie silnie objawiające się na terenach wiejskich (słowem, brak pomysłu i perspektyw).

W mojej ocenie istniało potencjalne, dobre rozwiązanie dla tego problemu: przewidzieć wprost w programach pomocowych możliwość objęcia wsparciem finansowym także osób „nie defaworyzowanych”. Słowem, można przecież byłoby objąć pomocą spółdzielnię socjalną składającą się, oczywiście w modelowym uproszczeniu, z czterech osób wykluczonych oraz lidera – jednej osoby „społecznie włączonej” (uwielbiam tę nowomowę), gotowej pociągnąć „biznes”. Mógłby to być na przykład początkujący (z sukcesem) przedsiębiorca, profesjonalista zatrudniony w cenionej firmie…

Niestety, tak się nie stało, a to w sposób istotny utrudniło zachęcenie ludzi bardzo potrzebnych sektorowi do współpracy z ekonomią społeczną. Musieliby oni bowiem podjąć poniekąd „pro publico bono” istotne ryzyko rezygnacji z własnego dobrego statusu społeczno-ekonomicznego na rzecz zajęcia się niepewnym przedsięwzięciem, wspólnie z (nie owijając w bawełnę) równie ryzykownymi partnerami.

Na 17 monitorowanych przeze mnie spółdzielni socjalnych, osoby takie udało się znaleźć dla 7 podmiotów, przy czym niemal zawsze byli to ludzie już wcześniej zaangażowani w przedsiębiorczość społeczną, „czujące temat”.

Spółdzielnie socjalne – pomysł nieodpowiedzialny społecznie? Znam większe szaleństwa…

Teraz czas na kontrę. Nie zgadzam się z poglądem p. Zarzyckiego, że „namawianie osób rekrutujących się z grup defaworyzowanych do zakładania spółdzielni socjalnych jest działaniem społecznie nieodpowiedzialnym.” Twierdzę wręcz przeciwnie – powinniśmy zachęcać do tego jak najwięcej osób zmarginalizowanych.

W polskich realiach prawnych nie znam dla ludzi wykluczonych lepszej formuły organizacji działalności gospodarczej (i społecznej) niż spółdzielnia socjalna. Wydaje mi się, że p. Zarzycki w swojej ocenie pominął jeden istotny a kluczowy fakt. Spółdzielnia socjalna jest to OSOBA PRAWNA, byt odrębny od jej członków – osób fizycznych (często wręcz ludzi pozbawionych szeregu uprawnień przynależnych osobie fizycznej). Szybki przegląd dostępnych form organizacji prawnej przedsiębiorstwa pokazuje, że najbliższa takiej spółdzielni jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Ta jednakże wymaga wniesienia policzalnych i istotnych kapitałów zakładowych, co już w samo w sobie może być barierą nie do pokonania dla naszych podopiecznych.

Dzięki spółdzielni socjalnej możemy „ukryć” słabe strony jej członków: karalność, brak kapitału, ograniczenia w zdolności do czynności prawnych, bariery językowe, fizyczne czy zdrowotne. Dajemy im w ten sposób szansę. Mogą ją wykorzystać, choć mogą też ją zaprzepaścić. W tym drugim przypadku nadal jednak tracą oni głównie jako ludzie (np. wykluczając się dyscyplinarnie z grona członków spółdzielni), a nie jako spółdzielnia, która może działać dalej.

Jeśli dobrze zrozumiałem, p. Zarzycki uważa, że już choćby działalność gospodarcza osoby fizycznej byłaby dla tych ludzi lepsza, bo jest prosta i bardziej czytelna. U nas na wsi mówią tak: „samemu to możesz się w czuprynę podrapać”. Osoby z grup defaworyzowanych cierpią przede wszystkim przez osamotnienie w swoich problemach. Wiemy już, że o własnych siłach nie były w stanie przezwyciężyć stojących przed nimi barier (inaczej nie byłyby naszymi podopiecznymi). W grupie mają zatem większe szanse (oczywiście wszystko zależy od składu tej grupy, ale to już temat na inną dyskusję). I po to właśnie jest im potrzebna spółdzielnia socjalna.

Spółdzielnią socjalną trudno się zarządza?

Bo ja wiem… (a wiem niemało)… Przy całym istniejącym systemie wsparcia (Ośrodki Wsparcia Ekonomii Społecznej, związki rewizyjne, KRS, projekty unijne) nie sądzę, by było to coś przekraczającego zdolności nisko/średnio zorganizowanego menadżera (tu niestety wracam do uwagi z cz.1 mojej wypowiedzi – problemu z pozyskiwaniem liderów dla spółdzielni).

Pan Zarzycki pisze także o systemowym „napiętnowaniu” takich spółdzielni. Z całym szacunkiem, ale chyba (mam nadzieję) nikomu z otoczenia doradczego ekonomii społecznej nie przyszło do głowy tworzenie marketingowego przekazu w stylu: „jesteśmy biedną, pijacką spółdzielnią socjalną, na pewno zawalimy robotę, którą chcesz nam zlecić, pomóż nam”. Któż zatem miałby te firmy piętnować?

Ich los jest w ich rękach. Jeśli, z naszą pomocą, członkowie tych firm społecznych staną na wysokości zadania i będą dobrze realizować swoje produkty/usługi, zapewniam, że umknie uwadze otoczenia, co ta spółdzielnia ma jeszcze w nazwie.

Czy nasi nowi przedsiębiorcy staną na wysokości zadania? Wiadomo, że będzie z tym różnie. Ale nie jest to dla mnie przesłanką do tego, by kwestionować koncepcję spółdzielczości socjalnej. Zwykłe firmy też upadają, w niemałym odsetku, i to mimo dużo większego „potencjału” tworzących je ludzi. Nie zapominajmy o tym.

Marek Klimkowski

Krajowy Ruch Ekologiczno-Społeczny

OWES, Mazowieckie,

Foto: Kurt Löwenstein Educational Center International Team na licencji CC-SA-2.0

KOMENTARZE (2) / DODAJ KOMENTARZ

~MK / 04.12.2014, 09:54

konkurencyjność...
Jeden niezbyt zorganizowany menadżer i czterech bezdomnych... taki zespół wg mnie może osiągnąć niemało, jeśli tylko będzie chciał (w mojej ocenie 1/3 sukcesu w pracy z takimi projektami to zachęcenie ludzi, by im się "chciało"). Konkurencyjność to piękne pojęcie. Znam wybitnego eksperta EY do spraw podatkowych, nie potrafiącego dobrze wkręcić żarówki w żyrandol... Ja i nawet 100 bezdomnych nie mielibyśmy z nim szans w negocjowaniu kontraktu "podatkowego" ze spółką offshore. Tak samo on polegnie z nami, zapewne razem ze swoimi kumplami z Rondo 1, w pojedynku na dobrze pomalowane ściany w jego własnym domu. Tak już zupełnie na poważnie odpowiadając: przyznam szczerze, że tylko raz w swojej karierze pracowałem z zespołem bezdomnych i to takich "przepuszczonych" już przez projekt aktywizacyjny. Mam akurat pozytywne wspomnienia, co oczywiście nie czyni reguły, a być może jest wręcz wyjątkiem. Może ten komentarz to sygnał dla mnie do ponownego zmierzenia się z takim wyzwaniem. Dzięki i pozdr.

~kt / 02.12.2014, 08:28

papier jest cierpliwy, ja nie
"Bo ja wiem… (a wiem niemało)… Przy całym istniejącym systemie wsparcia (Ośrodki Wsparcia Ekonomii Społecznej, związki rewizyjne, KRS, projekty unijne) nie sądzę, by było to coś przekraczającego zdolności nisko/średnio zorganizowanego menadżera" - tak niskozorganizowany menager zarządzajacy piecioma bezdomnymi, by stali się pracownikami konkurencyjnymi na rynku - gratuluję dobrego samopoczucia. Zbyt dobrego...